Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafiki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafiki. Pokaż wszystkie posty

23.4.12

Ja i Ty...

Święta pełne rozczarowań, ale jakoś już nie dotykających tak mocno...
Nie udało się posprzątać za dokładnie, ani zrobić góry wypieków i sałat.
Wszystko po jednym, a i tak ponad wszelkie normy... Lub poniżej, zależy kto ocenia ;)
Bez uczuciowych wzlotów wielkoniedzielnych ani wielkich upadków wielkopiątkowych.
Tak gdzieś pomiędzy, jakby w grobie jeszcze...
I położyłam siebie w tym grobie, ciągle takim jeszcze pobielanym...

Patrzyłam na fotografie przodków,  co zbierałam kiedyś o nich informacje.
Pytałam rodziców i dalszych krewnych. I zadziwiające...
Minęły trzy generacje, fotografie sięgają niedaleko, a pamięć jeszcze bliżej.
Nikt za wiele nie pamięta prócz jakiś ścinków zdarzeń. Jakieś emigracje. Czyjeś dzieci.
Wielkie przeprowadzki albo odejścia.
Pozostały jakieś drobiazgi, święty obrazek noszony w kieszeni w kopalni gdzieś daleko na emigracji albo rzeźbiony ptak, jakiś stary zegar albo dom na kurzej stópce.
Nawet drzewo genealogiczne naprędce namalowane nie rozjaśniło powiązań zbyt dokładnie.
Tylko ścinki wspomnień, ktoś był pijakiem, a ktoś niemal świętym.
Uzdolniona gałąź familii albo tylko pracujący wytrwale do końca...
dziadek z orkiestrą :)
ten obrazek MB dziadek nosił do pracy w kopalni gdzieś we Francji, Maryja ustrzegła go nie raz, ja dostałam go jako emigrantka w spadku i przerobiłam wirtualnie... wymiana pokoleń ;)

I leżąc w tym grobie popatrzyłam na to co ze mnie zostało. Suche białe kości. Nikt nie pamięta o mnie trzy pokolenia dalej, a jeśli nawet, to może pozostawię po sobie jak dziadkowie, jakiś stary zegar albo gramofon, może gdzieś tam wnuki zaśmieją się że babcia była starą dziwaczką (przynajmniej tak ją pamiętają -jeśli w ogóle).

I jakie to ma znaczenie, co teraz mnie gna do przodu. Liczy się tylko to, o czym zapomniała Marta, a co znalazła Maria... Ty i ja. Nasza dziwna, ale jednak relacja.
Nasze życie razem. Moje w Tobie. Twoje we mnie.
Chciałabym tylko byś wyciągnął kiedyś te stare kości i tchnął w nie życie, bym mogła przechadzać się jeszcze tutaj pomiędzy trudami jak Ty między ścianami i apostołami po zmartwychwstaniu.
Żebyś już tutaj nie musiał pokazywać mi swoich ran, żebym wierzyła na słowo. Żebym Cię rozpoznawała przynajmniej przy łamaniu chleba...

Żebym patrzyła i chłonęła Twoją obecność pozostając bliska temu co małe...
Amica Christi.
to tylko projekt ikony.... ;) może kiedyś ...

11.11.11

Piękno nie musi krzyczeć...

Impresja


Zapisujesz w wyobraźni te wszystkie obrazy
Najbardziej urzekasz półtonami
Nie stosujesz barw podstawowych
Pozwalasz emocjom spokojnie dojrzeć.
Prawda w końcu sama wyjdzie na jaw.


Wpisujesz we mnie te wszystkie słowa
Najbardziej urzekasz tymi najprostszymi
Pozwalasz czasem długo milczeć
Żeby potem znaleźć właściwe znaczenia
Dobro nie musi się obnosić ono i tak zmienia.


Wdmuchujesz w ucho te wszystkie dźwięki
Najbardziej urzekasz ciszą pomiędzy nimi
Pozwalasz im czasem nie wybrzmieć
Żeby potem spiąć wszystko sensowną klamrą.
Piękno nie musi krzyczeć obroni się samo...


Najwspanialszy Artysto!

30.9.11

Tłocznia szpitalna c.d...

centrum wszechświata


Rzucają mnie z oddziału na oddział, już nie wrócę do swojego ciepełka gdzie miałam komfortowe warunki, zapewnione relacje, układy, układziki, zawsze uśmiechnięta i pro. 
Teraz praca naprawdę wyciska prawdziwy pot i bywa, że prawdziwą krew. I to ciągłe skupienie, żeby dobrze służyć pacjentom, żeby ich nie skrzywdzić swoimi decyzjami. I to ciągłe napięcie z kim znowu będę pracowała, czy z Niespełnioną czy Obrażoną, czy też z Szybko, Szybko albo może z Plotką.... Tak różne typy tak wiele biegania, te ciągłe wewnętrzne walki żeby jeszcze raz zacisnąć zęby i tłoczyć tę krew i pot ile się da. 
Tylko skąd ten smutek... Czyżby znowu gówno mnie oblepiało? Myślałam, że ten smród tylko czuję, a on zaczął i mnie otaczać. Zapomniałam gdzie wołać o prawdziwą pomoc. Dałam się wciągnąć w nieważne sprawy małego światka, który jest niczym innym jak chorym miejscem. Miejscem chorych ludzi, ale i chorych spraw, które nie mają rozwiązań, bo opierają się na czysto ludzkich kalkulacjach i oczekiwaniach.
Pacjenci w większości patrzą tym wzrokiem bezradności, niektórzy bardzo pokornie znoszą cierpienia,  w nich łatwo widzieć ukrzyżowanego. Znowu inni mają wymagania godne Hiltona, zawsze coś jest za bardzo lub za mało. Za szybko lub za późno. Niespełnione życiowe nadzieje wylewają na głowę każdego kto się pojawi. Żal słuchać. Myślę czasem... no tak, mnie też to czeka zapewne. Kto wie czego będę miała wtedy za mało lub za wiele. Oby czuwało nade mną Miłosierdzie... 
I jeszcze to obchodzenie wszystkich dookoła żeby nikomu nie nadepnąć na odcisk. W sumie po co ? I tak nadepnę. Doświadczenie ostatnich tygodni. Można być miłym i uważnym i zarobić słowem jak młotem w głowę. Znienacka i bez sensu.Widzę, że nawet te przyjacielskie relacje mają swoje limity. Jakieś granice, które łatwo przejść i zniszczyć wszystko. Bo to tylko ludzkie relacje. Owszem są takie potrzebne, żeby choć czasem odreagować,  podtrzymać się nawzajem na duchu, ale zachowuję ciągle tą świadomość, że wszystko się kończy. To daje dystans i jakąś łatwość w zachowywaniu własnej tożsamości. 
Czasem w tym całym zabieganiu trudno o odnalezienie siebie, tego po co to robię i gdzie jest moje serce. Nie widzę w tych wszystkich oczach Chrystusa. Czy tak naprawdę kiedykolwiek je dostrzegłam. W swoich oczach nie dostrzegam. Nawet nie wołam. Jakbym zasklepiła się w tym napięciu. Jakby mięśnie całkowicie się zacisnęły i nie mogły odpuścić.
Pomaga czasem tylko to że na każdym oddziale są stoliczki z krzyżem i figurką. Różne na różnych oddziałach. Na położniczym jest Matka z Guadelupe i św. Gerard, na onkologicznym widziałam dziś piękny krucyfiks i Miłosiernego. Czasem to wystarcza, żeby złapać oddech i iść dalej. Czasem tylko westchnienie i nic więcej...
Jakby "Ty wiesz" ... 
P.S Czasem tak właśnie wołam... ale On JEST tak czy inaczej...

27.3.11

Samarytanka




Jedynym jej pragnieniem było "bycie kochaną". Nic więcej.  Szukała miłości namiętnie i bez pamięci.
"Pierwszy" był tak samo młody jak ona. Chciała wyrwać się z domu. Szybki ślub. Może dziecko. Narastające konflikty i pretensje. To nie było to. Nie tak wyobrażała sobie prawdziwą miłość.
Gdy zjawił się "Drugi", jedno dobre słowo i już była spakowana. Gotowa na nową miłość. Kilka lat później. Może miesięcy- rozczarowanie. Namiętność wyciszyła się. Wróciły stare problemy. Zgasła. Ciągle jednak urzekała urodą i młodością. Podobała się mężczyznom. Lubili jej towarzystwo. Po tylu doświadczeniach wiedziała jak z nimi rozmawiać, więc...
 "Trzeci" proponując jej nowy układ i nieco lepsze warunki bytu nie miał trudnego zadania. Wciąż kipiała w niej ta nieodparta chęć doświadczania "bycia w centrum czyjegoś życia". "Trzeci" jednak szybko umarł. Pozostawił ją tylko na krótko w żałobie. W sumie to nawet jej ulżyło. Ciągle rozpamiętywała pierwszą miłość. Po tych wszystkich "Następnych" okazała się tą najbardziej pamiętną.
"Czwarty" uchodził za dość bogatego jak na tamtejsze warunki i nie zależało mu za specjalnie na opinii więc zauroczony jej urodą, zaproponował  małżeństwo. A ona choć wiedziała że nie kocha, zgodziła się. Nie chciała być sama. Pożałowała szybko swojej decyzji. Teraz wolałaby samotność zamiast siniaków pod oczami. Traktował ją jak worek treningowy, wyśmiewał. Nękał, kiedy tylko odezwała się do jakiegoś mężczyzny. Pewnego dnia przyłapał ją na rozmowie z kuzynem i pobił ją w  cetrum miasta. Ludzie tylko kiwali głowami. Kobiety tak naprawde cieszyły się. Dziwka. Zasłużyła sobie.
Odeszła. Tym razem na ulicę. Stanęła przy głównej drodze. Myślała tylko o tym żeby przeżyć.
Można powiedzieć że los jej oszczedził. Zaprosiła ją do swojego domu stara kobieta, która widziała jak potraktował ją "Czwarty". Nie miała nic do stracenia, jako stara panna mieszkająca z bratem, (też starym kawalerem, zresztą). Zaproponowała jej pracę służacej. Chciała odpocząć od codziennego chodzenia do studni i wysłuchiwania rozmów mężatek.Szczególnie nie chciała czuć litości, którą od lat sowicie była częstowana. S. z wdzięcznością przyjeła jej propozycje.
Obiecała sobie, że już nigdy więcej mężczyzn, że spłaci dług wdzięczności. Sama jednak zaskoczyła się jak szybko rozkochała w sobie podstarzałego brata swojej gospodyni. Początkowo tylko na nią patrzył. Zdarzyło się jednak i tak, że zmusił ją do "spłacenia długu wdzięczności". Zobojętniała. Zgorzkniała. Zapomniała  o co jej chodziło w życiu z tym "byciem kochaną". Teraz czuła, że jest tylko ciałem do życia i spłacania.
Swój dzban ciężkiej pracy nosiła w upale i znoju, ale sumiennie. Chodziła czerpać zawsze w południe żeby nie natknąć się na "niemiłosierne samarytanki", które to nie omieszkaly jej przypominać jakim jest odpadem społecznym.
Kiedy więc zapytał ją o wodę jakiś zbłakany Podróżny. Bo kto - do jasnej cholery - o tej porze siada przy studni ryzykując udarem?! Odpowiedziała Mu z przekąsem. Niechętnie weszła z Nim w dialog. Z  każdym pytaniem jednak jej serce otwierało się coraz to mocniejszym szarpnięciem. Patrzył na nią tak jakby wiedział o niej wszystko. Bez pogardy, ba, patrzył z miłością. Miłością bez pożądania. Zaczął od tego, że On mógłby zaspokoić jej pragnienia. Trochę uśmiechnęła się w myślach licząc tych wszystkich, którzy próbowali. Nie chciała znowu tego rozdrapywać. Zmieniała temat z pytania na pytanie, do czasu kiedy w końcu głośno spytał ją o męża. Nie wytrzymała. Wiedziała, że spotkała Kogoś, kto widzi jej życie, takim jakim jest. Jej duszę taką jaką jest a o której istnieniu zapomniała. Serce wprost zaczęło krwawić, ale nareszcie ta brudna krew wypłynęła. Oczyściła się.
Nie wiedząc co robi, rzuciła ten swój ciężki dzban i pobiegła do miasta, tam do centrum gdzie ją pobił jej "Któryś tam z kolei", tam gdzie ludzie ją obrzucali spojrzeniami i oceniali bez litości. Mówiła tym, których spotkała, że znalazła Miłość, że oni też mają szanse, niech tylko pójdą zobaczyć, posłuchać... Mieszkańcy Sychar znali ją, wiedzieli że nie zaryzykowałaby następnego ośmieszenia... Niektórzy trochę dla dziwowiska, niektórzy z zainteresowaniem poszli i zobaczyli i uwierzyli... A ona odzyskała godność...




12.3.11

O pewności

Ucho igielne


Patrząc na świat i jego pewność jutra, można popaść w... zadziwienie. (? )
On, który nie złamie trzciny nadłamanej, ubiera lilie w ubrania piękniejsze niż Prada i inne królowe wybiegów...
Ten, który przychodzi w lekkim powiewie, teraz patrzy na Japonię...
Umysł tego nie ogarnia.
Umysł musi się zmniejszyć, żeby przyjmować wszystko takim jakim jest, nie wnikając w poszukiwanie przyczyn.
Fala porywająca domy, ludzi, dobra... Pożary wybuchające tam gdzie chcą...
Można tylko iść za powiewem nie wchodząc w huragan dociekań i buntu.
Słuchać i przyjmować ciche odpowiedzi. Zamknąć strach w zagłębieniu Jego dłoni.
Stojący na dachach lepiej niech na nich pozostaną...





9.3.11

Tu i teraz

Ogrody deszczu

Odmawianie sobie przyjemności. To takie niepopularne. Świat krzyczy "dogadzaj sobie, bądź dla siebie dobry!" Trudno z papki wybrać to, co rzeczywiście jest miłością siebie a co "zajadaniem pustki".
W ostatnim "Zwierciadle" jest taki fragment dziennika "Moja prywatna wiosna". Autorka odkrywa siebie i swoje życie na nowo po stracie męża. Rozczarowuje się adoptowanym synem. Jest tam coś bardzo głębokiego wogóle o traceniu. Człowiek tracący uwagę świata, tracący jakąś bliską relację, odchodzący w cień, choćby na jakiś czas, zaczyna inaczej patrzeć na chwile. Wszystko czego potem doświadcza zaczyna smakować, nabierać barw. Nagle chwile przeżywane "tu i teraz" odkrywane są jako to, co nazywa się powszechnie szczęściem. Nawet chwiejący się stół nabiera klimatu. Ale zanim to się stanie przechodzenie w nową jakość nie jest łatwe. Jest ból odchodzenia i głód bliskości. Głód i pragnienie wogóle wszystkiego.  Brak jakiegokolwiek smaku i pustka. Właśnie to wszystko czego boi się człowiek to pustka i brak. Wtedy zostaje sam, bez zapychaczy i widzi siebie takim jakim jest naprawdę. Małym, słabym, potrzebującym. Ucieczka to naturalne wyjście. Można zacząć owijać się wokół kogoś jak bluszcz, zajadać smutek, opierać się na opinii każdego innego człowieka tak samo słabego i uciekającego. Albo przeżyć to wszystko "do ostatniej pestki".  
Tracenie i głód inaczej zwane krzyżem to tylko środki. Za nimi jest i wiosna i życie chwilą i bliskość o jakiej nie marzyło się nawet naszym filozofom.

nadzieja ( fot. K.C)


Trzy
Dwa
Jeden
start

27.2.11

Wolność od... (Mt 6)

Rzeczy. Tak łatwo się (z) nimi związać. Ludzie podróżujący wiedzą, że niewiele trzeba spakować, by mieć wystarczająco. To co zbiera się latami na półkach w szafach, w garażach, szopach,  zaczyna wiązać szyję ku ziemi niewidzalną liną. Tak samo wydaje się z oczekiwaniami, planami i zadaniami na tzw. jutro... Człowiek tak zaciska się w środku żeby doskonale coś wykonać, tak zabezpieczyć przez ryzykiem, że w rzeczywistości nie może zrobić kroku na przód. Tak mocno identyfikuje się z rzeczą, z zadaniem , tak jakby on sam był "czymś", to widać po smutku jaki natychmiast się rodzi po stracie, to widać po braku dystansu do tego co robi.
Ojciec pustyni Mojżesz udzielił kiedyś osobliwej rady pewnej osobie stojącej przed ważnym zadaniem. Poradził by ta osoba położyła siebie w wyobraźni w grobie. Powiedział :
"jeśli spróbujesz tego ćwiczenia, zobaczysz że ono dobrze ci zrobi. Jeśli bowiem całkowicie identyfikujesz się ze swoim zadaniem, boisz się czy rzeczywiście mu podołasz (...) łamiesz sobie głowę (...) ale kiedy to zadanie staje przed tobą, często jesteś zablokowany (...) jeśli wyobrazisz sobie jakobyś leżał w grobie, to poznasz kim w istocie jesteś. W grobie wszystko, co nieważne przestaje się liczyć."   To ćwiczenie pomaga zyskać dystans do rzeczy oczekiwań planów... Ta wewnętrzna wolność jest wręcz konieczna by rzeczywiście dobrze przeżyć jutrzejszy dzień. To uwalniająca świadomość, że mam zadanie, ale nie jestem moim zadaniem. Brak presji powoduje, że nie muszę wykonać zadania perfekcyjnie, a moja tożsamość znajduje się w Kimś kto jest samą doskonałością. To On jest źródłem nie ja. Nawet jeśli popełnię jakiś błąd, to będzie tylko błąd. On nie zniszczy identyfikacji z Nim.



24.2.11

Posolić ogniem

 To bardzo dziwne sformułowanie, ale jakie prawdziwe, żeby nie utracić smaku wszystko w środku musi się wypalić ogniem żywym, ogniem przenikającym. Samo wypalanie jest jednak tylko korytarzem ku nowemu, torowaniem drogi...
,

23.2.11

Galerię grafik uważam za otwartą



Galeria grafik, to miejsce,gdzie chciałabym umieszczać  te treści (obrazy, dźwięki, smaki, rękodzieła, teksty), które przetrawia moja dusza, którymi się karmi, cieszy, którymi żyje, w których porusza się i jest...
Zapraszam do zwiedzania







Myzyka: a to kilka dźwięków z głębi... a raczej prosto z księżyca